JEDEN W TRZECH – z Bogiem przez życie z chorobą psychiczną

Blog o wierze, cierpieniu psychicznym i codziennym cudzie zdrowienia

Moja pielgrzymka na Jasną Górę z Pieszą Pielgrzymką Podlaską

Bałem się, że nie dojdę (390km!, 13 dni), że mnóstwo przeciwności ale jednak UDAŁO SIĘ!

Zacznę od początku.

Od kilku lat myślałem o pielgrzymce pieszej na Jasną Górę do Matki Bożej Częstochowskiej. W zeszłym roku zacząłem się nawet przygotowywać (udało mi się przejść różne dłuższe dystanse w tym dwadzieścia kilka kilometrów). Niestety nawrót choroby spowodował, że zamiast na pielgrzymkę trafiłem do szpitala.

W tym roku powróciłem do mojego marzenia, zacząłem znowu się przygotowywać – więcej chodzić, kilkukrotnie uczestniczyłem w pielgrzymce nocnej do Matki Bożej Budzieszyńskiej (21 km z mojego mieszkania), kupiłem miesiąc przed pielgrzymką buty trekkingowe w których przeszedłem kilkadziesiąt kilometrów, kupiłem plecak, namiot (z którego ostatecznie nie korzystałem – pożyczyłem od znajomej taki rozkładany w 2 sekundy), materac dmuchany (jeszcze dodatkowo pożyczyłem od mamy karimatę, wiele leków (zgodnie z sugestią ze strony warszawskiej pielgrzymki akademickiej) z których wykorzystywałem Sudokrem i lek powstrzymujący biegunkę).

Teraz o obawach których było mnóstwo.

Po pierwsze zdrowie psychiczne (czy nie będzie nawrotu choroby w czasie pielgrzymki). Po drugie wewnętrzna strona ud (ważę około 100kg i od długiego marszu obcierają mi się uda do krwi, wrażenie takie jakby ktoś ciął je żyletką). Po trzecie stopy (od długiego marszu bolą mnie stopy i duże palce u stóp), bałem się również odcisków bo pielgrzym bez odcisków to jak żołnierz bez karabinu. Po czwarte żołądek (mam problemy z częstą biegunką, w bardzo krótkim czasie od gazów muszę znaleźć się w toalecie, nawet kilka razy dziennie). Po piąte spanie (mam problemy z bezsennością, próbowałem w domu przez kilka nocy usnąć na kupionym materacu i nie udało mi się – musiałem przenieść się do łóżka). Po szóste nie wiedziałem jak będzie przechowywać się insulina w gorące lato w moim plecaku). Po siódme nocne podjadanie (mój sposób na zaśnięcie po przebudzeniu). Po ósme czy będę wstawał rano wystarczająco wcześnie aby złożyć namiot, coś zjeść, wypić kawę i zdążyć na mszę.

No i po kolei (jak Maryja pomogła mi do siebie dotrzeć):

Choroba nie wróciła. Przez uda cierpiałem kilka dni ale w końcu pomogła maść cholesterolowa którą dostałem od personelu medycznego, smarowałem na wieczór i zadziałało jak ręką odjął. Stopy smarowałem wieczorem sudokremem i przez pierwszych 7 dni zero odcisków (prawdopodobnie pomogło też kombo: cienka skarpeta bawełniana a na nią skarpeta wełniana). Jak zaczęły się góry świętokrzyskie pojawiły się pierwsze odciski (sudokrem już nie pomagał, przez kilka dni cierpiałem ale w końcu pomógł linomag na gazikach owiniętych bandażem). Dodatkowo też dokuczało wrażenie rozgrzania podeszwy stóp ale jakoś wytrzymałem (w najgorszych momentach truptałem). No i pomagały częste przerwy a najlepiej rozmowy z innymi pielgrzymami. Najgorsze 2 odcinki z kawałkiem z około 70 odcinków podjechałem samochodem. Zdejmowanie butów i skarpet na przystankach pogarszało sytuację. Żołądek – dwa razy awaryjnie wylądowałem w krzakach (pomógł do nich dotrzeć lek na biegunkę), poza tym żołądek się uspokoił – taki olbrzymi wysiłek mu pomógł. Sen – pierwszej nocy spałem tylko około godziny – później spałem po 3 -4 – 5 godzin dziennie i to wystarczało – zmęczenie pomagało w lepszym jakościowo śnie, nie byłem niewyspany. No i nocne podjadanie ustąpiło. A insulina przechowywała się poprawnie, mimo wysokich temperatur, poziom glikemii lepszy niż zazwyczaj mimo słodkich przekąsek i dużej ilości jedzenia. Ze wstawaniem na czas nie było problemu, wstawało mi się wyjątkowo lekko (łaska na czas pielgrzymki)

Wrażenia:

Zaskakiwała mnie, szczególnie w pierwszej połowie pielgrzymki serdeczność i hojność gospodarzy, kół gospodyń wiejskich i innych darczyńców oferujących darmowe posiłki dla kilkuset osób na postojach. Zaskakiwała też serdeczność i pomoc innych pielgrzymów – kiedy było mi ciężko – inni oferowali się nieść lub wieźć na wózku dla dzieci mój plecak. No i rozmowy wspierające na duchu. Niesamowite wrażenie zrobiła na mnie młodzież śpiewająca, która z olbrzymią energią śpiewała, grała na gitarze i innych instrumentach mimo zmęczenia (szczególnie pierwszy raz usłyszana piosenka: Armia Boga). Wrażenie też robiły dziesiątki intencji przekazywane przez pielgrzymów i odczytywane przed różańcem – widać przez nie było wiarę pielgrzymów i ich bolesne i radosne sytuacje życiowe (błagalno – dziękczynne intencje). Wrażenie zrobił na mnie pielgrzym w japonkach (sic!), który dodatkowo niósł tubę z akumulatorem (około 10kg) na odcinkach na końcu dnia. Niesamowita też była rodzina z szóstką dzieci z których najmłodsze miało około 5 lat. Wrażenie też zrobiła na mnie siostra zakonna w naszej grupie – jej uśmiech, pozytywne nastawienie i rozmowa.

No i w końcu wejście na Jasną Górę, radość na Błoniach i w Kaplicy Cudownego Obrazu 🙂

Już wiem że wybieram się znowu za rok z podziękowaniami i kolejnymi prośbami!

PS. Pierwszy owoc pielgrzymki już jest – modliłem się o pracę na miarę moich możliwości, zdecydowałem się o nią poprosić jednego z pielgrzymów (który ma swoją firmę) i ją dostałem – od kilku dni pracuję. Ale o tym w innym poście.


Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.