Wreszcie nadszedł czas wakacji i mojej głównej wyprawy – planowanej do Częstochowy na Jasną Górę do Mateńki – Matki Boskiej Częstochowskiej. Zeszłoroczna pielgrzymka i comiesięczne nocne pielgrzymki do Mokobód (Matki Bożej Budzieszyńskiej) sprawiły, że nie mogłem się doczekać tych wakacji i wyprawy jeszcze raz.
Po raz kolejny sprawdziło się powiedzenie, że powiedz Panu Bogu o swoich planach a się uśmieje. Ale to za chwilę.
Nie mogąc się doczekać pielgrzymki do Częstochowy zacząłem się zastanawiać co zrobić z tygodniowym urlopem zaplanowanym kilka tygodni przed głównym dwutygodniowym. Najpierw myślałem o wyprawie z plecakiem i namiotem w góry np. Bieszczady albo po Jurze Krakowsko – Częstochowskiej. Chciałem jednak zostawić Częstochowę na pielgrzymkę z pieszą pielgrzymką Podlaską. Podzieliłem się swoimi planami z moim tatą, który powiedział, że może powinienem zaplanować coś na rodzimym Podlasiu. Szybko pojawiły się pomysły na Pojezierze Augustowskie/Puszczę Białowieską lub Sokółkę (miejsce cudu eucharystycznego) lub Kodeń. Rozważałem różne opcje startu i powrotu. Z Puszczy Białowieskiej do Sokółki wychodziło około 140km (a miałem tylko 5 dni) a z Siemiatycz (do których mogłem dojechać łatwo pociągiem) do Kodnia około 110km (co dawało około 20km dziennie).
Zdecydowałem się, jak się już pewnie domyślacie 🙂 na odwiedzenie Matki Boskiej Kodeńskiej.
Ktoś jeszcze mi powiedział, że z Siemiatycz przeprawiał się przez Bug promem w Mielniku więc niewiele myśląc z takim planem (i z ewentualnymi stopami w Janowie Podlaskim, Pratulinie, Terespolu i Kodniu), z plecakiem który ważył około 14 – 15 kg wyruszyłem przed siebie.
Po kilkunastu kilometrach, po odwiedzinach w pięknej Grabarce (najważniejszym miejscu kultu prawosławnych w Polsce), pierwszego dnia złapała mnie burza. Niezły początek. Cały mokry (moja peleryna nie bardzo zdała egzamin) szedłem w ulewie i „trochę” narzekałem. Nieoczekiwanie zatrzymał się jedyny samochód który przejeżdżał i na ostatnie 3 kilometry zaoferował podwiezienie do promu w Mielniku. Tam rozbiłem namiot (burza już na szczęście przeszła).
No i kolejnego dnia dalej pod Janów Podlaski (już w upale, z zahaczeniem o Kalwarię Podlaską w Serpelicach), z noclegiem w agroturystyce, kolejnego dnia do Pratulina (miejsca mordu Męczenników Podlaskich) z noclegiem w namiocie, następnego dnia nocleg w tanim hoteliku w Terespolu. No i na koniec ostatni odcinek do Kodnia i nocleg w domu pielgrzyma.
Nie wiedziałem jak uczcić tę moją obecność i jak wrócić do domu ale przypadkiem (podobno drugie imię Ducha Świętego) zadzwoniła do mnie znajoma i powiedziała że będzie właśnie wtedy na comiesięcznym Wieczorze z Maryją w Kodniu i że może mnie później zabrać do domu. I tak wieczór spędziłem w Bazylice z innymi wiernymi i późno (około trzeciej nad ranem) wróciłem do domu.
Przy okazji, znowu przypadek, dowiedziałem się, że to sanktuarium prowadzone jest przez Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, którzy prowadzą również moją parafię. Maryja jest mi również bliska przez Różaniec, który odmawiam każdego wieczora i przez to, że przez kawał życia szukałem najpiękniejszej kobiety na świecie i, że w końcu znalazłem Ją.
Co mnie najbardziej zaskoczyło – mimo tego, że nie miałem szczegółowych planów przed wyjazdem a szczególnie miejsc noclegu – udało mi się dotrzeć do celu. Wierzę, że Maryja czuwała nade mną.
Po kilku dniach miałem dosyć ciężkiego plecaka i jakby spod ziemi pojawił się paczkomat Inpostu ze sklepem obok, w którym dostałem pudełko i taśmę dzięki czemu mogłem wysłać część bagażu do domu (np. niepotrzebne buty na zmianę).
Zaskoczeniem było również to, że poradziłem sobie z samotnością, bez odmawiania non stop różańca (co robiłem podczas pierwszej dłuższej samotnej wyprawie na czterdziesto-kilku kilometrowej Ekstremalnej Drodze Krzyżowej). Chociaż na najtrudniejszych ostatnich kilometrach, kiedy robiłem przystanki co 20 minut, włączałem sobie na Youtubie piosenki katolickie (np. moją ulubioną To idzie Armia Pana)
No i ta ulga i szczęście, że jestem u celu, u mojej ukochanej Maryi.
A o planach kolejnej pielgrzymki i o nieoczekiwanej zmianie (z Jasnej Góry na Fatimę i Santiago de Compostela) w następnym poście 🙂
A Wy? Macie miejsce, do którego wracacie pielgrzymką albo choćby myślami, kiedy potrzebujecie nabrać siły?


Dodaj komentarz